Jezus jest moim Królem!

Jezus jest moim Królem, bo był taki dzień w moim życiu, kiedy powiedziałam Mu, że chcę żeby w nim pozostał i królował. Jak tego doświadczam, na co dzień? Kiedy przychodzi czas podjęcia jakiejś ważnej decyzji, to Jezus jest pierwszym, którego zdanie się liczy.
Staram się słuchać tego, co mówi w swoim Słowie i przez głos Kościoła.
Codzienne życie też pokazuje mi, że jeżeli zapominam, o Tym, który wie, co jest dla mnie najlepsze, kończy się to dla mnie frustracją, niezadowoleniem, zniechęceniem. Doświadczam również, że dobro, które dzieje się w moim życiu, to że umiem na drugą osobę popatrzeć z miłością, przebaczyć jej, jest ewidentnym dziełem Jezusa, któremu to wszystko zawierzam.
Owocem tego, że Jezus jest moim Królem jest pokój serca, jaki mi daje pomimo wielu trudów, przeciwności, i zła wokół … Zawierzenie Jezusowi sprawia, że nie muszę się lękać o moje życie, bo ono jest w Jego rękach. Mimo, że upadam, że często sobie z czymś nie radzę, ranię innych, to ta świadomość, że jestem w dobrych rękach daje mi pokój w sercu. Jezus jest tym, który mimo upadków, prowadzi mnie dobrą drogą na której nie pozwoli mi zginąć. Chwała Panu – Królowi królów Amen!
ILONA

Jezus Chrystus Król wszechświata, ale czy mój?

No tak … wiemy, że Jezus Chrystus jest Panem i Królem wszechświata i nawet w to wierzymy, ale gdy zastanowimy się nad tym głębiej, to jaki to ma wpływ tak naprawdę na nasze życie, na moje i Twoje życie? Raczej żadne …
W Piśmie Św. czytamy: Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. (Mt 28,18). Jezus przyznaje, że ma władzę panowania nad niebem i ziemią, daną Mu od Ojca. Jest Królem. Ale Jego panowanie polega na służbie człowiekowi, na umywaniu mu stóp i w końcu na oddaniu swojego życia. Czy jest lub czy był drugi taki król? Nie!
Kiedyś, dobrych parę lat temu na kursie Filipa, po bardzo długiej i burzliwej rozmowie z Jezusem, wybrałam Go, jako jedynego swojego Pana i Zbawiciela, i oddałam Mu całe swoje życie, takie jakie ono było w tamtym momencie pod Jego królowanie. Zsiadłam z tronu mojego życia i to miejsce oddałam Jezusowi. Ponieważ On najlepiej wie, czego i kiedy mi potrzeba. Wie, co dla mnie jest dobre, a co nie. I ufam Jemu, bardziej niż sobie!
Pierwszym dla mnie widocznym znakiem panowania w moim życiu Jezusa była przemiana mojego serca. Moje serce – to twarde, otoczone kamiennym murem, niezdolne do miłości, zostało przez Boga przemienione. Mogłam pokochać mojego tatę, takim jakim był i zgodzić się na moje życie, takie jakie ono było. To dla mnie wielki cud, ponieważ o własnych siłach nie byłam do tego zdolna. Od tamtej pory czy jest dobrze czy też nie, a w życiu codziennym bywa różnie, nie zawsze jest pięknie i kolorowo, idę z Jezusem przez życie – staram się, aby tak było. Dokonując różnych wyborów w swoim życiu, pytam się Go, co by zrobił na moim miejscu? Czy oszukałby czy powiedziałby prawdę? Czy mataczyłby czy też nie? Czy zemściłby się czy przebaczył? Odpowiedzi są jasne. Wsłuchuję się więc w Jego głos i czytam Pismo Święte. Czuję Jego troskę i opiekę, doświadczam Jego obecności i wielkiej miłości każdego dnia. Sprawia On niesamowite i niemożliwe rzeczy w moim życiu!!! On jako Król wszechświata, ale i mój Król nigdy mnie nie oszukał i nie okłamał. Zawsze mówi prawdę i pragnie mojego szczęścia.
Całe swoje życie każdego dnia staram się poddawać Jemu. Raz wybrawszy nieustannie wybierać muszę! Każdego dnia. I to Jezus sprawia we mnie to, iż chcę służyć innym, chcę być dla nich, chcę ich kochać, że mogę przebaczyć tym, którzy mnie skrzywdzili, nie żywiąc do nich urazy. Wiem, że z Nim wszystko mogę, a bez Niego nic! Dziękuję Bogu za tę łaskę, a Wam wszystkim życzę byście nie bali się oddać Mu swojego życia, i abyście doświadczyli tego na czym w rzeczywistości polega panowanie i królowanie Jezusa w życiu. I uwierzcie mi, że można na tym tylko zyskać!
„Królowi wieków nieśmiertelnemu, niewidzialnemu, Bogu samemu – cześć i chwała na wieki wieków! Amen.” 1 Tm 1, 17
MAGDALENA

małe świadectwo

Chciałbym podzielić się z Wami moim małym świadectwem życia. W sumie, to moje życie było zawsze jednym wielkim kalejdoskopem zdarzeń, co dzień działo się co innego. Od młodych lat jeździłem na rekolekcje do braci kapucynów (chciałem zostać zakonnikiem), niestety miałem też problemy z czystością [z tym męczę się do dziś, to już jakieś 7 lat:(]. Moja historia zaczyna się wtedy kiedy w wieku 16 lat chciałem wstąpić do Zakonu. Wydawało się że Bóg jest ze mną, że chce tego, tu i teraz. Mówił do mnie przez Pismo Święte, napominał. Ja jeszcze się miotałem, ale w końcu pojechałem na rekolekcje powołaniowe zamknięte. Pomimo pięknych 5 dni z których każdy był lepszy od drugiego, stwierdziłem na końcu, to nie dla mnie (nawet się z tego cieszyłem). Jak, to u mnie bywa, to nie mógł być koniec:). Ostatniego dnia mieliśmy czas zwany pustelnią (parę godzin w ciszy i modlitwie, na których Bóg miał przemówić do każdego z nas). Poszedłem więc całkiem niedaleko, a jednak w ustronne miejsce i zacząłem się modlić. Po paru godzinach znów coś mnie tknęło, (jak zwykle) postanowiłem ostatni raz zadać Bogu pytanie i otworzyć Pismo Święte by uzyskać odpowiedź {nawiasem mówiąc do dziś nie wiem czy to moje otwieranie, co prawda po modlitwie nie było dziełem kogo innego zamiast naśladowaniem Św. Franciszka}. Zapytałem: co stanie się jeśli nie pójdę do zakonu. Odpowiedzią był fragment dziejów apostolskich (jakoś tak, to brzmiało) „Przez wiele dni padało, tak, że nie było widać gwiazd, a ludzie nie mieli już co jeść. Wstał Paweł i powiedział: >Trzeba było nie odpływać od Krety i oszczędzić sobie tych szkód i niedoli<”
W moje serce na nowo wkradł się niepokój, w końcu stwierdziłem po rekolekcjach coś zupełnie innego, a teraz …
Minął miesiąc po którym zupełnie zdecydowanie (chyba plastyczny byłem:) zapytałem o taką możliwość listownie Ojca z powołaniówki. Czekałem na odpowiedz 2 miesiące ale nie otrzymałem jej, za to z nieoficjalnych źródeł dowiedziałem się że nie chcą mnie bo jestem za młody. Załamałem się. Już sam nie wiedziałem co to ma być, w końcu dosyć trudno przychodziły mi takie decyzje. To był dla mnie cios. Pół roku później nieomal dostałem się do o.o. Cystersów. Nieomal, bo tym razem trafiłem na rozmowę z Mistrzem Nowicjatu (kapucynów), który stwierdził że się nie nadaje i żebym najpierw zakochał się. To był kolejny cios. Teraz tamto zdarzenie wspominam dobrze, ale wtedy świat na nowo mi się zawalił. Szukałem dalej, a Bóg zdawał się mieć zamiar prowadzenia mnie przez ciemną dolinę doświadczenia… Tak zresztą mówił do mnie: „A Ja będę czuwał, byś nie zboczył z drogi w lewo lub prawo, będę mówił, to jest droga nią trzeba iść”. I tak trafiłem na rekolekcje LSO, z których wyłowiony przez Duszpasterza trafiłem na rekolekcje animatorskie LSO. Pomyślałem, dobrze będę służył mu jako animator w Kościele. Zdałem dobrze wszystkie egzaminy, jednak krzyża nigdy miałem nie dostać, bo w mojej opinii od ks. proboszcza nieżyczliwy kościelny dopisał parę, rzeczy. Był podpis proboszcza, wiec zamiast krzyża animatora, dostałem kolejny krzyż do niesienia. Nikt nie wierzył mi, że nie dostanę krzyża, (tak jak nas uczono) starałem się tym nie przejmować i być uśmiechniętym… Kolejnym przeżyciem była dla mnie służba podczas Mszy, na której ks. biskup rozdawał krzyże moim współbraciom i błogosławił. Później wreszcie się załamałem na amen. Przestałem słuchać Boga. A On mówił „Nie zaprzęgaj się z niewiernymi w jedno jarzmo”. Zacząłem się sekularyzować odchodzić od Boga (na moje szczęście, On nie odszedł ode mnie:). Wpadłem w tzw. bardzo złe towarzystwo. Laby w szkole… od tego się zaczęło. Właśnie na nich poznałem parę osób, które zmieniły jeszcze bardziej i tak już krzywy, mój obraz Boga i świata…
Jest takie powiedzenie „gdzie diabeł nie może tam… babę pośle” :)) No i posłał dwie. Jedna była satanistką, druga tzw. metalem. Na moje nieszczęście albo szczęście, ta pierwsza bardzo mi się podobała. Zacząłem się nią interesować. A skoro się nią interesowałem to dręczyło mnie, to co ona widzi w tej swojej magii, okultyźmie i sataniźmie. To był błąd – nie wolno interesować się zbytnio takimi rzeczami – to niestety wciąga. Muzyka metalowa ustąpiła miejsca w moim domu muzyce satanistycznej (pierwszy krok). Kolorowe wesołe ubrania zamieniły się w posępną czerń (drugi krok). wreszcie tak kroczek po kroczku, ani się nie spodziewając (nigdy bym nie pomyślał że dam się, tak wrąbać) miejsce Biblii zajęła biblia … no wiecie kogo. Zacząłem parać się magią, wywoływaniem duchów i podobnymi rzeczami. Zamiast modlić się do Pana modliłem się do sami wiecie kogo. Wpadłem po uszy i absolutnie nikt w domu, nic nie zauważył łącznie ze mną. W moim sercu nie było miejsca dla nikogo poza tą dziewczyną. Pewnego dnia będąc jak zwykle wtedy, na labie spotkałem moją starszą siostrę (28), szedłem z koleżankami, wogóle się nie kryjąc, (chwile wcześniej zgubiłem 15 centymetrowy metalowy krzyż sami wiecie jaki to był w tym dniu jeden z tzw. Przypadków, świadczących o walce duchowej toczącej się o mnie). I ona nic się nie kapnęła, w każdym razie nic poza tym że byłem na wagarach. Od tej pory bałem się że ona wypapla to rodzicom. zacząłem więc (sam nie wiem dziś dlaczego wtedy tak mi na tym zależało) odsłaniać pewne rzeczy przed moją Mamą. Zaczęło się robić duszno, a niestety większość przyjaciół odsunęła się ode mnie (bo się mnie bała – ja sam nic nie wiedziałem, o tym że czasem świecą mi oczy albo są zupełnie czarne razem z białkami, że śnie się ludziom po nocach i straszę ich), została garstka tych, których albo zmanierowałem na swoją stronę, albo tych którzy cały czas tłumaczyli mi jaki błąd popełniam (tych drugich unikałem).
Było tu jeszcze naprawdę wiele różnych zdarzeń, których nie będę jednak tu opisywał, a może jak kiedyś się spotkamy to Wam opowiem. Pojawiły się myśli samobójcze jako wyjście z sytuacji. Przed skokiem ratował mnie myśl o dziewczynie. 2 tygodnie odeszła ode mnie. Znów świat zaczął mi się sypać, a ja tak bardzo tego nie chciałem, tak bardzo się tego bałem.
Postanowiłem więc uciec, ale między czasie Rodzina odkryła co się dzieje. Niekończące się rozmowy w atmosferze gorętszej pewnie niż piec, łzy mamy i wiele jeszcze innych wspomnień. Oto co dziś wspominam. Ból był nie do zniesienia, w końcu raniłem tych których nie chciałem ranić, tych którzy mnie kochali… W między czasie odezwał się z zagranicy mój brat (niestety jak później się dowiedziałem to od niego wszystko się zaczęło, ale tego nie mogliśmy wiedzieć, to cała inna historia na nieszczęście nie zakończona). Miałem więc uciec do Londynu, w świecie ciemności to coś jak starożytny Rzym za Nerona albo Babilon. zacząłem robić sobie też sznity. Sam nie wiedziałem po co to wszystko… Na złą drogę sprowadziłem wielu ludzi niektórzy przypłacili to gorszymi przeżyciami niż ja, ale wyszli, niektórym to się nie udało. Wreszcie nastąpił przełom. Moja siostra modliła się za mnie na różańcu chociaż łzy lały się jak rzeka a słowa nie chciały wyjść z ust, a ręce trzęsły się ze strachu, ona właśnie nie ustawała w modlitwie… Pękłem na jednej ze wspomnianych rozmów. Mój świat legł w gruzach po raz drugi. Niedługo później gdy mozolnie zacząłem się zbierać a na około widziałem zło które wyrządziłem, zadzwonił telefon. Jakiś ksiądz. Odebrałem i okazało się że to egzorcysta. Mówił że powodem zła które dotknęło mojej koleżanki i opętało ją , jestem ja. Nigdy nie czułem się gorzej. Bałem sie już nawet swojego cienia. Bóg nawet wtedy był ze mną, dał mi siły dał Karolinę (moją dzisiejszą narzeczoną:). Egzorcysta zaprosił mnie do siebie i ja także przeszedłem przez egzorcyzmy. Wreszcie byłem czysty (tak myślałem). Niedługo potem zaniepokojeni rodzice ludzi z mojego LO poniewczasie zaczęli przychodzić do dyrekcji skarżąc sie na mój zły wpływ. I doświadczyłem nagonki w szkole, z której wybawił mnie wreszcie ks. egzorcysta (jak zwykle w ostatniej chwili). Mógłbym jeszcze długo opowiadać , bo tak wiele rzeczy się działo … ale nie o to chodzi.
Wszystko skończyło się dobrze (po za moim bratem, tu proszę o modlitwę), a skończyło się dobrze bo Pan był ze mną wtedy gdy stałem na balkonie, wtedy gdy modliłem się inwokacją sat., i wtedy gdy obrażałem Go. On mnie nie zostawił… wtedy nie odczuwałem Jego obecności, ale dziś, aż mi się płakać chce – On trwał, ale też pomagał. Trafiłem na kurs Filipa i do Wspólnoty którą kocham mam też narzeczoną i wór doświadczeń z których do dziś pozostała mi zdolność widzenia złego w drugim człowieku (zanika, ale jeszcze jest). To wszystko tak w wieeelkim skrócie …
Bóg doświadcza nas przez podcinanie pączków nie dlatego że mu sie nie podobają, ale dlatego, że chce żeby mogły być jeszcze piękniejsze.
Za to wszystko i wiele więcej Chwała Panu!!!!!!!

KUBUŚ 🙂

II Kongres SNE Św. Filipa w Dębowcu

Jadąc na Kongres nie miałam żadnych specjalnych oczekiwań, co do tego czasu. Wiedziałam, że będą bracia i siostry z różnych naszych wspólnot, i cieszyłam się, że będę mogła się z nimi spotkać. Dla mnie owocem tego czasu jest to, iż zaraz po przyjeździe do domu odszukałam spośród wiele innych książek na półce, encyklikę Ojca Świętego Jana Pawła II „Redemptoris Missio” i zaczęłam ją czytać. Choć miałam ją już od kilku lat w domu, to dopiero teraz zapragnęłam wsłuchać się osobiście w słowa Ojca Św. ma temat misji Kościoła, nowej ewangelizacji. Widocznie to miał być ten czas. Dziękuję Bogu za tę łaskę.

Cieszę się również z tego, iż mogłam głębiej zrozumieć orędzie Matki Bożej z La Salette, które wyjaśniał nam w konferencji ks. Janusz Kręcidło MS. Mogłam także razem z braćmi i siostrami z mojej wspólnoty zastanowić się nad tym czego potrzebuje nasza wspólnota dzisiaj, aby była bardziej dojrzała. Nie był to czas na pewno zmarnowany. I za to chwała Panu!

MAGDALENA SZ.

Zwyczajne świadectwo zwyczajnej o Niezwyczajnym

  • Przed spotkaniem z Niezwyczajnym
    Niezwyczajny najzwyczajniej zawsze był. Tylko ja spałam. Wiedziałam, że jest. Chodziłam do Kościoła, na religię. Pobożność poprawna wtedy – tak bym to określiła. Tylko co z tego? Ano nic.
    Do momentu, gdy…
  • Niezwyczajny spotyka się ze mną
    Szukałam, pytałam, ale nadal spałam. Powoli więc zaczął mnie przebudzać z drzemki duchowej. W końcu obudził. Dał mi się poznać osobowo, a nie obrazkowo. Tak Zwyczajnie – Niezwyczajnie.
  • Jak to po spotkaniu z Nim?
    Nie muszę, ale chcę.
    Życie moje toczy się zwyczajnie dalej, ale ze świadomością, że Niezwyczajny najzwyczajniej przy mnie jest.

ZWYCZAJNA

Świadectwo z ekipy prowadzącej kurs Filipa

To był piękny czas podarowany mi od Pana, który pokazał mi, że każdemu głoszącemu potrzebna jest pełna świadomość tego, iż nie głosimy siebie, lecz Jego – Jezusa Chrystusa, Boga żywego. Tylko z takim przekonaniem możemy się w pełni otworzyć na Jego działanie i pełnić Jego, a nie swoją wolę. Pan pokazał mi, jak ważne jest też moje świadectwo. Moja wiedza o Jezusie może być nawet bardzo duża, ale nie ma ona takiej mocy jak świadectwo, kiedy ja dziele się tym,  jak Jezus działa w moim życiu i przychodzi ze swoją miłością właśnie do mnie. To jest to prawda, której nie da się podważyć.

Kiedy patrzyłam na uczestników, którzy otwierali się na Boga i z każdą minutą coraz bardziej przepełnieni byli Bożą radością, to poczułam i zobaczyłam, że trzeba głosić Jezusa, warto w Niego wierzyć i Jemu wierzyć, bo On jest i żyje i czyni cuda! Doświadczyłam też tego, że ja MAM głosić Dobra Nowinę, bo Jezus mój Pan mnie do tego wzywa. Nawet jak doświadczam słabości to mam głosić, bo taka jest Jego wola i tylko w mojej słabości może się objawić Jego Moc! Bo kto hojnie sieje, ten hojnie zbierać będzie!

MAGDALENA D.

Bóg jest moim najlepszym Przyajcielem

Nazywam się Gosia i mam 21 lat. Studiuję pedagogikę na Uniwersytecie Rzeszowskim. Na kursie Filipa mogłam być rok temu, ale niestety z powodu mojej słabej wiary, nie było mi dane uczestniczyć w nim. Ale widocznie tak miało być, to nie był mój czas.

Na kurs Filipa trafiłam początkiem listopada 2005 roku, dzięki zaproszeniu koleżance, która była już na tym kursie. Widzę teraz, że ten kurs był czasem przygotowanym dla mnie przez Boga.

Czas kursu Filipa, był to czas wyjątkowy dla mnie, gdyż mogłam być blisko Boga i poczuć Jego obecność. Dzięki temu kursowi zrozumiałam, że Bóg jest moim najlepszym Przyjacielem, że jest Najważniejszą Osobą w moim życiu. Wiem, że mogę na Niego liczyć w każdej sytuacji i o każdej porze dnia i nocy, gdyż kocha mnie miłością bezwarunkową. Zrozumiałam też czym jest dla mnie rodzina i jakie zajmuje miejsce w moim życiu, że jest zaraz po Bogu.

Pan pokazał mi, by mimo różnych trudności dzisiejszego, szarego życia, nie ustawać w czynieniu dobra. Był to też czas kiedy mogłam doświadczyć obecności Ducha Św. I mimo, że kurs zakończył się, to czuję Go nadal w swoim codziennym życiu.

Uważam, że warto, by każdy  mógł przeżyć taki czas spotkania sam na sam z Bogiem. Gorąco zachęcam do udziału w tym kursie, gdyż skoro Pan pomógł mi odnaleźć się w życiu i z łatwością pokonywać trudy codziennego życia, to również może pomóc każdemu człowiekowi. On wychodzi i szuka Cię.

GOSIA

Otrzymałem szansę na zmianę swojego życia

Na imię mam Paweł i mam 32 lata. Jestem informatykiem. Kurs Filipa stał się dla mnie momentem, w którym otrzymałem szansę na zmianę swojego życia. Moje dotychczasowe życie było pasmem samych tylko obietnic i nieuchronnych upadków, po których pogłębiało się poczucie winy, beznadziejności i niewiary w siebie samego. Dopiero prawda o bezwarunkowej Bożej miłości, którą zostałem obdarowany, dała mi wolność – wolność od przygnębiającej pogardy względem własnych słabości, grzechów i zaniedbań.

Na kursie zaskoczyła mnie siła oddziaływania Słowa Bożego i modlitwy będącej swobodną i szczera rozmową z Bogiem. Uderzyła mnie również wolność pozostawiana uczestnikom w odpowiadaniu na słyszane Słowo Boże i wielki szacunek dla wszelakich wątpliwości targających człowiekiem.

Myślę, że kurs Filipa jest szansą na zmianę patrzenia na życie i doświadczenia nieograniczonej Bożej miłości. Życzę, by wszyscy mieli taką szansę na doświadczenie przeżycia takiego czasu, czasu spotkania z Bogiem żywym i odczucia Jego miłości.

PAWEŁ

Świadectwo przeżycia kursu Filipa i bycia we wspólnocie

Chciałabym podzielić się z Wami tym, co dał mi kurs Filipa i co daje mi bycie we wspólnocie. Otóż śmiało mogę podzielić moje życie na dwa etapy: do kursu Filipa i po kursie. Dlaczego? Ponieważ tam Jezus przemienił moje serce, moje myślenie, po prostu mnie całą.
Na kurs poszłam trochę z ciekawości, trochę dla koleżanki i nie spodziewałam się po nim żadnych rewelacji. A jednak, to Pan zna czas i miejsce, by dotknąć człowieka swą łaską. I tak stało się w moim przypadku. Był to dobry czas zaplanowany dla mnie przez Boga, czas, w którym nastąpiła przemiana mojego serca. Kiedy po bardzo długiej i burzliwej rozmowie z Jezusem, wybrałam Go, jako jedynego Pana i Zbawiciela, i oddałam Mu całe swoje życie (takie jakie ono było w tamtym momencie) moje serce – to twarde, otoczone kamiennym murem, niezdolne do miłości, zostało przez Boga przemienione. Mogłam po tej decyzji pokochać mojego tatę takim, jakim był i zgodzić się na moje życie takie, jakie ono było. To dla mnie wielki cud, ponieważ wcześniej o własnych siłach nie byłam do tego zdolna. Od tamtej pory czy jest dobrze czy też nie, staram się iść z Jezusem przez życie :). Każdego dnia czuję Jego troskę i opiekę, doświadczam Jego obecności i wielkiej miłości. On jest niesamowity!!! I za to wszystko czego Bóg dokonał i dokonuje w moim życiu – chwała Panu!
A co do wspólnoty? Jestem w niej już 5 lat. Wcześniej dużo słyszałam, jak ważne jest bycie we wspólnocie, ale w moim przypadku nie wchodziło to w rachubę. Niestety Bóg „przegrywał” z górami (spotkania były w sobotę, a ja dość często wyjeżdżałam na weekend w góry). Jednak Bóg wiedział, co tak naprawdę jest mi potrzebne w życiu i nie były to wędrówki po górach. Dał mi łaskę odkrycia jakim darem jest wspólnota, do której trafiłam po kursie Filipa.
Dziś dziękuję Bogu za to, że nie zrezygnował ze mnie i obdarzył wspaniałym darem bycia we wspólnocie modlitewno – ewangelizacyjnej, w której odnalazłam swoje miejsce w Kościele, miejsce mojego wzrostu w Chrystusie. Wspólnota jest też dla mnie szkołą miłości, gdzie uczę się przyjmować moich braci takimi, jakimi są i kochać ich tak, jak Pan Jezus. To nie ja wybieram sobie, kto ma być w tej wspólnocie, ale to sam Bóg powołuje kogo chce. I to jest cudowne. Każdy brat dla mnie jest darem, bo przez niego Pan prowadzi mnie ku nawróceniu, ku sobie.
Jednak nie zawsze jest pięknie i kolorowo. Czasami doświadczam trudnych relacji, w których mój brat staje się dla mnie krzyżem. We wspólnocie mam wielu przyjaciół na których mogę liczyć. Kiedy potrzeba wspierają mnie dobrym słowem, gestem, modlitwą – zanoszą mnie po prostu do Jezusa. Nie wyobrażam sobie teraz mojego życia bez wspólnoty. Jest mi potrzebna do życia, tak jak słońce, woda i powietrze. Nie zamieniłabym jej na nic.

W moim życiu, w którym króluje Jezus, rodzina i wspólnota są najważniejsze. Wszystko staram się poddawać Jego woli. To Jezus sprawia we mnie, iż chcę służyć braciom, chcę być dla nich, chcę ich kochać. Wiem, że jeszcze długa droga przede mną w szkole ucznia Jezusa, ale wiem też, że z Nim mogę wszystko, a bez Niego nic. Dziękuję Bogu za dar wspólnoty, a wam wszystkim życzę byście doświadczyli tego czym ona jest. A przede wszystkim byście szukali i pytali Pana w jakiej wspólnocie przygotował dla was miejsce, w którym moglibyście wzrastać.

MAGDALENA

Jezus czeka na zaproszenie do naszego serca

W życiu ciagle brakowało mi doskonałej miłości: takiej prawdziwej, bezgranicznej, oddanej. Często szukałam jej w swoich bliźnich – w rodzicach, rodzeństwie, koleżankach i kolegach. Jako dorosły człowiek szukałam jej też w małżeństwie. Jednak moje poszukiwania prawdziwej miłości ciągle obijały się o ludzką niedoskonałość.

            I pytałam sama siebie – Jak mam znaleźć moją upragnioną miłość, co mam zrobić, które drzwi otworzyć, jaką drogą kroczyć?

W kościele na Mszy Świętej słyszałam często, że Bóg nas kocha, że umiłował nas do końca…

            I znowu zadawałam sobie pytanie – dlaczego nie czuję tej Bożej miłości? A przecież tak bardzo pragnę być kochana…

– Żeby tak bezgranicznie zakochać się w Bogu – mówiłam – wtedy na pewno byłabym szczęśliwa! Ale jak to zrobić?

            Wiedziałam już, że Bóg jest miłością, ale ja nie umiałam Go kochać…

            W styczniu tego roku trafiłam na kurs „Filipa” i tam wyznałam w ciszy, że Jezus jest moim Panem. Tydzień po zakończeniu kursu Jezus dał mi wskazówki  co mam robć, by Go pokochać.

           Powiedział: – Nie trzymaj Mnie w przedsionku, bo nie mogę wejść  chociaż ciągle pukam. Otwóż Mi drzwi  swojego serca tak bardzo szeroko, jak tylko potrafisz – wtedy wejdę i zamieszkam u ciebie, a ty będziesz wiedziała, że cię kocham miłością bezgraniczną, całkowitą i doskonałą.

            Jezus nas kocha, ale musimy chcieć otworzyć Jemu drzwi naszych serc. Nie trzymajmy Jezusa w przedsionku…

BARBARA WOŹNY

Witaj :-) Saletyńska Szkoła Nowej Ewangelizacji przy zgromadzeniu Księży Misjonarzy Saletynów – Rzeszów

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła?